iu

27 lipca 2016

see bloggers i przegląd kulinarny - GDYNIA


Witajcie moi drodzy! Dziś mam dla Was dosyć nietypowy jak na mnie post bo, w mniej lub bardziej udany sposób, recenzujący kulinarną odsłonę Gdyni. Jak pewnie część z Was wie, w ubiegły weekend odbyła się kolejna edycja dużego, blogerskiego wydarzenia See Bloggers, w której brałem udział po raz pierwszy. Na spotkanie wybrałem się z moją ukochaną Angie z I adore cinnamon, która okazała się najlepszą ogarniaczką ever <3 Przed wyjazdem do Gdyni stworzyliśmy krótką listę kulinarnych miejsc, o których słyszeliśmy, że warto je odwiedzić. Poniżej postaram się podzielić z Wami moją opinią i odpowiedzieć, gdzie warto zajrzeć, a które miejsca lepiej omijać szerokim łukiem oraz pokrótce opisać swoje wrażenia odnośnie See Bloggers. 


Nasz pięciodniowy pobyt w Gdyni zaczął się już w piątek koło godz. 12.00. Niestety miasto nie powitało nas zbyt ciepło i słonecznie. Pierwszy dzień upłynął pod znakiem deszczu. Kiedy dotarliśmy już do hostelu zostawiliśmy rzeczy, złapaliśmy w dłonie parasolki i prędko ruszyliśmy na miasto w poszukiwaniu miejsc z naszej kulinarnej mapy. Na pierwszy rzut poszła Lavenda Cafe Galeria, która ma dosyć dobre opinie. Na piątkowy obiad wybrałem makaron w sosie śmietanowym z boczkiem, pieczarkami i parmezanem (26 zł) a do tego lemoniada marakuja (12 zł). Chcąc wypowiedzieć się na temat adekwatności ceny do jakości dania powinienem przejść do wystroju wnętrza, który jest chyba jedyną dobrą stroną tego lokalu. Krótko mówiąc danie chyba w ogóle nie zostało doprawione podstawowymi przyprawami, solą i pieprzem, o innych już nie wspominając. Makaron został ledwo muśnięty sosem, a pieczarek nie znalazłem. No może pół. Podobnie było z boczkiem, który sprawiał wrażenie opłukanego ze smaku w wodzie i zaparzonego. Lemoniada marakuja? Zwykły sok z kartonu podany z kostkami lodu i listkiem świeżej mięty. Przynajmniej tej ogródkowej. 

Moja ocena: 3/5. 

Po dużym rozczarowaniu obiadem w Lavenda Cafe Galeria ruszyliśmy w poszukiwaniu słodkiego pocieszenia. Zaraz po wyjściu z lokalu zostałem zaczepiony na ulicy okrzykiem SOSNA?! To Ty? Tak właśnie poznaliśmy Paulinę z Moja pasja smakuktóra pomogła nam odnaleźć kolejny cel z naszej listy i dołączyła do nas na dłużej. 



Po chwili przegadanej drogi znaleźliśmy się w Mikroklimacie. Już od samego początku czułem, że będzie dobrze, na co wskazywała niebanalna nazwa. Mikroklimat to niewielki lokal na tyłach głównej arterii Gdyni, który kryje w sobie niezwykle przytulne, a jednocześnie dizajnerskie wnętrze z ciekawymi deserami podawanymi w słoikach. Akurat trafiliśmy na taki moment, że lokal był całkowicie pusty dlatego zaraz po złożeniu zamówienia, chwyciliśmy za aparaty i ruszyliśmy do akcji fotograficznej. Pierwszym ciachem, które widziałem już od samego wejścia była przeogromna, domowa beza z czymś czerwonym w środku. Nie mogło być inaczej, zamówiłem duuży kawałek bezy z prostym kremem na bazie mascarpone i z malinami. Ups. Raczej z jedna maliną. Mimo że ciacho było bardzo dobre, podobnie jak krem, którego było dużo, to jednak owoców było zdecydowanie za mało przez co całość okazała się zbyt słodka i zamulająca. Mimo drobnej skuchy wyszedłem zadowolony. Wnętrze, klimat oraz czarująca obsługa zrekompensowały to :) Jedyną rzeczą nad jaką bym popracował to zakrętki słoików oraz estetyka samych deserów. W końcu deser w słoiku też może wyglądać ładnie. Trzymam kciuki! :)

Moja ocena: 5/5 (z dopiskiem: wrócę tam)


Po słodkim pocieszeniu, które zapewniły nam desery w Mikroklimacie udaliśmy się na plażę, która przyjęła nas kolejna falą opadów. Niezniechęceni złą pogodą usiedliśmy na piasku i odpłynęliśmy w długą rozmowę na temat blogowania i kulinarnych ekscesów. Po kilku chwilach dołączyła do nas kolejna kulinarna maniaczka, mianowicie Agata z Happy Kitchen, którą znam z blogosfery chyba od samego początku, kiedy się w niej pojawiła. Tak zaczęła się nasza, pierwsza i trwająca do późnych godzin, integracja. Tutaj przyspieszę trochę akcję i zatrzymam się na kolejnym miejscu, do którego trafiliśmy prosto z plaży z głowami szumiącymi nie tylko od morskich fal.


Śródmieście. Jedno z bardziej kultowych miejsc na kulinarnej mapie Gdyni. To co lubię w knajpach - miejsce z duszą i świetnym wystrojem. To co najbardziej utkwiło mi w pamięci to fantastyczny, duży, żarówkowy neon na ścianie wewnątrz. Co do jedzenia? Niemal doskonałe burgery. Wszyscy jak jeden mąż zamówiliśmy klasycznego z frytkami. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie przeciągnięte mięso. Miało być średnio wysmażone, a okazało się wysmażone bardzo mocno. Jednak wielkość burgera, ilość naprawdę dobrych frytek i cena całości (ok. 22 zł) sprawiły, że przymknąłem oko na tę wpadkę. 

Moja ocena: 4+/5


Nasza pierwsza noc w Gdyni była bardzo krótka. Już kilka godzin po wyjściu ze Śródmieścia znaleźliśmy się w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym, gdzie rozpoczęła się rejestracja na warsztaty i panele dyskusyjne. Tego dnia zapisani byliśmy na jeden panel i warsztaty kulinarne, a dodatkowo dostaliśmy się na Bitwę blogerów! Poprzez losowanie zostaliśmy dobrani w pary. Zadanie polegało na przygotowaniu dania ze składników znajdujących się w czarnych skrzynkach. Można było zrezygnować z jednego oraz wykorzystać wszystko co znajdowało się w spiżarni i lodówkach. W skrzynce znajdowały się orzechy włoskie, rabarbar, syrop klonowy, rukola i mąka. Po kilku pomysłach postanowiliśmy przygotować truskawki w tempurze z orzechową kruszonką podane na aksamitnym kremie rabarbarowym i bitą śmietaną. Niestety danie nie przeszło eliminacji. Zwycięskim deserem okazało się pieczone jabłko z rabarbarem i orzechową kruszonką autorstwa Angie i Roksany. 


Tego dnia braliśmy jeszcze udział w pokazie kulinarnym fantastycznego i przezabawnego Joseph'a Seeletso, po którym ponownie udaliśmy się na plażę, by odetchnąć i nabrać sił. Po drodze przekąsiliśmy duże, tłuste, a w dodatku z majonezem, frytki belgijskie. Tej nocy nie prędko wróciliśmy do domu. Ale pomińmy to notką, że wieczorem odbyła się oficjalna impreza integracyjna :D


Prawie cały następny dzień spędziliśmy w PPNT na trwających od rana warsztatach i (ja) obserwując finał Bitwy Blogerów. Na warsztatach z Oliwią Bernady przygotowaliśmy wyśmienitego pstrąga pod boczkiem oraz pierzynką z rukoli z doskonałą pomidorowo-wiśniową salsą na ostro. Natomiast na koniec kulinarnego spotkania ugotowaliśmy z Tomkiem Jakubiakiem smakowity gulasz z owocami morza, który naprawdę dał radę. Na kolejne dwa warsztaty nie mieliśmy już siły, więc wróciliśmy naładować akumulatory. 



Po wszystkich warsztatach większość blogerów wróciła do swoich miast. My jednak, zgodnie z planem, zostaliśmy do wtorku włącznie. Cały poniedziałek mieliśmy dla siebie. Wyspaliśmy się i ruszyliśmy jeszcze lepiej poznawać Gdynię. O ile wszystkie spotkania kulinarne były niezwykle przyjemne, odkrywcze i pobudzające kubki smakowe, to było kilka problemów organizacyjnych. Niestety grafik był zbyt napięty przez co było mało czasu na gotowanie i trudno było wyrobić się w czasie. Dodatkowo brakowało kilku podstawowych sprzętów do gotowania i pieczenia. Ale największym minusem był brak warsztatów na słodko. 


Poniedziałkowe śniadanie rozpoczęliśmy w polecanej przez wiele osób śniadaniowni Chwila Moment. Z nowości, które pojawiły się w lokalu wybraliśmy bajgla z matiasem holenderskim, majonezem, musztardą francuską, cebulą i sałatą, który zapowiadał się naprawdę smacznie. Jak się okazało, kuchnia nie ma produktów, żeby wydać tę pozycję. Jestem w stanie to zrozumieć, tylko w takim razie po co danie znajduje się w karcie? Szybko musiałem zdecydować się na coś innego, postawiłem na bajgla z twarożkiem, rzodkiewką i szczypiorkiem. Do tego lemoniada truskawkowa z miętą. Na bajgle czekaliśmy dobre 30 minut, jeśli nie dłużej. Nic dziwnego, skoro chyba były rozmrażane lub podgrzewane, by sprawiały wrażenie upieczonych świeżo. Nadzienie było ok. W końcu to tylko twarożek, nie można tego zepsuć. Jednak pieczywo było czerstwe i tak suche, że ledwo przechodziło przez gardło. Lemoniada bardzo rozwodniona i mdła w smaku. Nie ma to jak zepsuć całego dnia jednym bajglem. Co więcej? Piękne wnętrze. BRAK TOALETY.

Moja ocena: 2+/5 (na zachętę), ewentualnie wrócę i dam drugą szansę.


Kolejne miejsca, które postaram się KRÓTKO opisać, to dwie lodziarnie: Miło mi oraz Słony Karmel. Pierwsza z nich polecana przez znajomych nie zrobiła na mnie zbyt dużego wrażenia, liczyłem na coś więcej. Spróbowałem słonego karmelu, który był zdecydowanie za słony oraz masło orzechowe, które nawet dało radę. Wyżej oceniam Słony Karmel, który oprócz dobrych lodów, polecam snickers, ale przede wszystkim czekoladę z miętą, ma bardzo przyjemne wnętrze, w którym mógłbym zaszyć się na dłużej. 



Moja ocena: Miło mi: 4/5, Słony karmel: 5/5


Ostatnie godziny w Gdyni postanowiliśmy poświęcić na krótką przechadzkę oraz na szybką wycieczkę do Sopotu. Na obiad wybraliśmy polecany przez Agatę lokal o trudnej do wymówienia nazwie Tarttoria, która jak wywnioskować, serwuje tarty w różnych odsłonach. Wnętrze oraz wystrój robi bardzo dobre wrażenie, jednak najbardziej czarującym widokiem jest przepiękna, szklana witryna, za którą znajdziecie niezwykle wyglądające ciasta na kruchych i francuskich spodach w wersji zarówno słodkiej jak i słonej. Z racji tego, że byliśmy głodni wybraliśmy wytrawną tartę. Ja postawiłem na kruchy spód wypełniony wędzonym łososiem z koprem włoskim i ricottą (?). Tartę o średnicy 24 cm możecie zamówić na kawałki: 1 kawałek kosztuje 12 zł. Za dwa, czyli ćwierć tarty, wydacie 21 zł. Pół tarty to koszt rzędu 33 zł natomiast za całą zapłacie 60 zł. Tarty na słono podawane są z malutką miseczką kilku listków sałaty i kilkoma pomidorkami. Mi trafiło się kilka pęczków roszponki oraz sałata lodowa, która moim zdaniem w takim lokalu jest klasycznym fopas. Tarta była bardzo dobra, chociaż brakowało jej nieco ostrości. Jedyną rzeczą, do której mógłbym się przyczepić to wielkość kawałków lub cena. Jest to lokal, w którym aby zaspokoić głód trzeba wydać trochę kasy. Wierzcie mi, nie da się najeść ćwiartką wytrawnej tarty o średnicy 24 cm. Z pewnością wrócę, ale najedzony. 

Moja ocena: 4+/5


Ostatnim miejscem, które mieliśmy odwiedzić był lokal Pasta miasta, który przykuł moją uwagę już pierwszego dnia. Jednak kiedy stanęliśmy przed wejściem po godz. 11.15 okazało się, że knajpę otwierają dopiero o 12.00. Trochę dziwne jak na lokal w samym centrum, przy głównej ulicy w dodatku w środku sezonu. Ale cóż. Ich strata. Z pewnością wybiorę się tam następnym razem. W tej sytuacji musieliśmy szybko znaleźć coś innego. Idąc z walizkami w pełnym słońcu moją uwagę przyciągnął malutki szyld z kolorową literą P. Zatrzymałem się na chwilę i mówię to tu! Wchodzimy! Po chwili znaleźliśmy się w niewielkiej knajpce o nazwie Przystanek, która serwuje tortille w różnych odsłonach w cenach od 16 zł do 20 zł o średnicy 30 cm. Ja wybrałem burrito_wołowina (fasola, pomidor, ryż, czerwona cebula, kolendra, śmietana, ser cheddar, szarpana wołowina) za 18 zł. Było ostro, soczyście i bardzo smacznie, a w dodatku dużo. Wierzcie mi, lubię zjeść i jeśli mówię, że jest dużo, to tak jest :D Ledwo zjadłem całą. Polecam również lemoniadę, która jest naprawdę dobra, kwaśna, zimna 0,4 l za 6 zł! To była naprawdę miła i smaczna niespodzianka nie tylko z dobrym jedzeniem, ale równie przyjemnym i zwariowanym pomieszczeniem w moim klimacie. 

Moja ocena: 5/5



Na koniec po smakowitej niespodziance w Przystanku poszliśmy raz jeszcze do Mikroklimatu na coś słodkiego. Tym razem wybraliśmy deser masło orzechowe i słony karmel (?), który jeszcze bardziej poprawił nam humor. 


Gdzieś po drodze uciekła mi Mąka i Kawa, którą szybko ocenię na 5/5, bo czas nagli, a jutro na 6 do pracy :)

Pamiętajcie, że zanim wybierzecie się na jakikolwiek posiłek czy deser w Gdyni, sprawdźcie najpierw czy lokal posiada toaletę. Nie wierzę, że w XXI wieku istnieją jeszcze lokale gastronomiczne, gdzie brakuje tego, jak się okazuje, luksusu [sic!].

I na koniec pytanie roku: gdzie śpią mewy?!

60 komentarzy:

  1. Nawet i moja skromna osoba się tu znalazła! :D Miło było Was poznać :) P.S A mewy śpią na Castoramie w Targówku! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję do zobaczenia za rok, tym razem również i na warsztatach :D

      Usuń
  2. Wspaniałe zdjęcia, świetny opis, jestem pod wrażeniem całego postu :) tez kiedyś chciałabym pojechać na jakieś spotkanie blogerów ! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Mewy to śpią u mnie, pod oknem ;) Ja to się w Gdyni urodziłam, mieszkałam parę lat, zresztą cały czas w Trójmieście mieszkam. Mam tam parę ulubionych knajp,ale lubię je za spokój i ciszę, więc nie polecam jakoś szczególnie,może kiedyś coś napiszę o nich? :) W każdym razie odkąd skończyłam roczek jestem fanką baru mlecznego i tamtejszych naleśników z twarogiem. Ponad dekadę dalej wciąż trzymają ten sam poziom ;) A teraz w Trójmieście upały, oj upały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie polecasz? Ja uwielbiam ciszę i spokój w miejscu innym niż moje cztery ściany.
      Oj tak, wiem coś o tych upałach, bo słońce wyszło kiedy już wyjeżdżaliśmy :<

      Usuń
    2. Nie polecam bo wtedy nie będzie tam ciszy, tylko setki głodnych turystów i zabraknie dla mnie wolnego krzesła;)

      Usuń
    3. A co ja taki głośny? ;p

      Usuń
  4. Prawie, że w ostatniej chwili musiałam zrezygnować...i teraz bardzo żałuję;-(

    OdpowiedzUsuń
  5. Kurczę ale z Ciebie krytyk, strach zaprosić Takiego na kawę :--)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez przesady, ja nie krytyk. Ja tylko dzielę się swoją opinią i odczuciami :D

      Usuń
  6. To co, które miasto jedziemy maltretować następnym razem??;D

    OdpowiedzUsuń
  7. Czyli podsumowując wypad jak najbardziej udany :) Ja niestety tym razem nie mogłam pojechać na See blogers, ale może jeszcze kiedyś ponownie dołączę :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. Dobre towarzystwo to podstawa :D

      Usuń
  8. Uwielbiam zwiedzać Polskę kulinarnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też! Chociaż to była dopiero moja pierwsza wyprawa, ale już nie mogę doczekać się kolejnej :)

      Usuń
  9. Twój post bardzo przyda się na moją wycieczkę do Gdyni:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że trafisz lepiej i nie będziesz miała żadnych rozczarowań! :)

      Usuń
  10. Super post :-) miałam tam być z wami, ale życie napisało inny scenariusz :-) za rok pojadę :-)

    OdpowiedzUsuń
  11. świetny przegląd lokali kulinarnych :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo fajna relacja. Poczułam klimat, nawet zgłodniałam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noo proszę, nawet nie wiesz jak mi miło :)

      Usuń
  13. Odpowiedzi
    1. Szkoda, mam nadzieję, że spotkamy się za rok :D

      Usuń
  14. Widać, że się świetnie bawiliście :) Fajnie, ze oceniłeś te knajpy - będę wiedziała, gdzie wstąpić, gdy będę w Gdyni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. Było wspaniale! Mimo że na kilku knajpach się zawiedliśmy.

      Usuń
  15. Również byłam na seebloggers! Wspaniałe wydarzeni ;) A z kuchnią Gdynii zawsze mi nie po drodze :D Zazwyczaj stołuję się w Gdańsku. Ale bardzo fajnie wiedzieć, gdzie się wybrać w razie W, dzięki i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Musiało być niesmakowicie, super wydarzenie.

    OdpowiedzUsuń
  17. Ale zazdroszczę! :) Miejsce, ludzie, to się musiało udać ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. "Nasza pierwsza noc w Gdyni była bardzo krótka. Już kilka godzin po wyjściu ze Śródmieścia znaleźliśmy się w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym" - najlepiej :D <3
    Kurcze martwi mnie to rozczarowanie lokalem 'Chwila Moment' :/ Po prostu pech ! Ja byłam kilka razy i się nie przejechałam ani razu.
    Ps. Toaleta jest, tylko trzeba wejść schodami na górę. Za rok wrócimy i damy miejscu drugą szansę ;)

    Sosna powiedz mi tylko jeszcze.... GDZIE ŚPIĄ MEWY :D ?!
    Dziękuję Wam za super spędzony czas ! Czekam na następny See Bloggers :) See You !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też bardzo liczyłem na "Chwilę Moment", może rzeczywiście następnym razem wypadną lepiej. Jeśli dobrze pamiętam na byliśmy tam na śniadaniu koło 9.00. Pani zapytana o toaletę odpowiedziała, że trzeba iść do Infoboxu, bo góra jeszcze zamknięta.

      Wiadomo, na dachu Castoramy na Targówku! <3

      Usuń
  19. Dużo pyszności widzę, ale najchętniej zjadłabym loda :D I bajgla, ale z masłem orzechowym lub hummusem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I najlepiej żeby był świeżo upieczony :D

      Usuń
  20. Fajne wydarzenie :) Super zdjęcia. Bardzo mi się podobają!

    OdpowiedzUsuń
  21. Ciekawy post! Jestem z Gdyni, w lavendzie jeszcze nie byłam, a planowałam. I chyba się nie wybiorę.
    Szkoda, że nie byłeś w Black&White Coffee - mały lokal też w centrum Gdyni, prowadzi go przesympatyczna para... mają rewelacyjne ciasta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pewnością wybiorę się tam następnym razem :)

      Usuń
  22. Aż wstyd się przyznać, że mieszkałam w Gdańsku 2 lata, a w Gdyni byłam tylko parę razy w Orłowie i nie zaliczyłam tam żadnego miejsca wartego uwagi :(

    OdpowiedzUsuń
  23. Super post i informacje z pierwszej ręki! :D Teraz już wiem, gdzie warto wstąpić w Gdyni! :D

    OdpowiedzUsuń
  24. Ależ pyszności pokazujesz, świetne fotki:)

    OdpowiedzUsuń
  25. No popatrz, LAVENDA tak dała plamę... Ja tam bywam dość często i zwykle wychodzę bardzo zadowolona. Uwielbiam ich sałatki oraz zupy kremy. Deserami też nie gardzę ;) Może szef kuchni akurat miał zły dzień :P

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz pilne pytanie, skontaktuj się ze mną drogą mailową: kontakt@krainasosny.pl